#796 – nierealność

W końcu dotarła do mnie nierealność rzeczywistości. To co było normalne stało się niedostępne. To co było nie do pomyślenia okazuje się nowym standardem. Typowy pierwszy syndrom zmiany – bunt, zaprzeczenie i wyparcie. No nic. Pora było się z tym przespać i przemyśleć. I tak patrząc wstecz w osobistą historię, okazuje się, że to nie pierwszy już raz dostaję od życia taki dar nagłej i nie do końca oczekiwanej, czy chcianej modyfikacji planów. Pora się z tym po prostu zmierzyć, zminimalizować negatywne skutki i odszukać możliwości, bo jest ich więcej niż można się spodziewać. Ci którzy to dostrzegą i wykorzytsają zyskają na tym, niekoniecznie materialnie, ale mogą dostać wiele nowych bodźców i przeżyć, na pewno doświadczenia, wiedzy, zweryfikować czarne scenariusze, kryzysowe procedury i sprawdzić czy mogą osiągnąć własny spokój.

Cieszę się, że doczekałem takich czasów, bo widać, że nie wszystkiego można nauczyć się z książek, ze szkoły czy z opowieści innych. Pewne rzeczy trzeba odczuć na własnej skórze, choć niekoniecznie będzie to przyjemne w każdym aspekcie.

Ciągle żyję i mam się całkiem nieźle! Tego należy się trzymać i wspierać tych, którzy tego potrzebują.

#795 – otwarty umysł

Mały miś zamyślił się i przypomniał sobie słowa, które rano powiedział mu Krzyś:

Trudno jest zachować otwarty umysł. To jest fakt i pomimo zaprzeczeń a nawet potwierdzeń wielu stron, nie sposób nie zgodzić się z tą tezą. Mówiąc coś, pokazując, prezentując, jak muchy przy przy owocach, pojawią się zaraz krytycy, pseudoznawcy i zwolennicy własnych idei.

Próba głębszego zrozumienia cudzych intencji jest niepojęta, pomimo wydawałoby się powszechnego dostępu do edukacji i chęci prezentowania siebie jako ludzi otwartych mądrość i jedynie pozorną inność. W większości przypadków wychodzi jak zwykle chęć nagięcia interpretacji do własnego światopoglądu i hibernacji możliwych zmian jako zagrażających spokojowi i niezmienności egzystencjonalnej. Pragnienie narzucenia własnej wizji rośnie proporcjonalnie do kwadratu braku wiedzy praktycznej, teoretycznej czy choćby chęci nawiązania daleko idących prób zrozumienia kontekstu mającego często duży udział przy możliwej analizie poszczególnych pojawiających się przypadków.

– Tak – mruknął do siebie Miś – Jednak coś w tym jest! I sięgnął znowu do baryłki z miodkiem. – Szkoda zdrowia marnować i kopać się z koniem. Lepiej zająć się czymś pożytecznym, co może posłużyć innym.

#794 – Niebywałe szczęście

Podszedł pomału do szafki. Wziął z niej swojego solidnego, wiernego laptopa i ruszył w stronę kanapy. Usiadł i włączył sprzęt. Z kuchni przyniósł kubek z gorącą i pachnąca kawą. Uśmiechnął się do siebie i zalogował do swojego portalu. Zaczął pisać kolejny artykuł w swoim blogu. Uderzał w klawisze a myśli pojawiając się szybko i bezwiednie zamieniały się w słowa, zdania i akapity. Poczuł błogość i spokój, bo wiedział, że w zaistaniłej sytuacji to jest najlepsze co może zrobić dla swojej wewnętrznej egzystencji …

Już drugi tydzień formalno nieformalnej kwarantanny. Zaraza szaleje, gdzieś tam na zewnątrz. Otwarte są jedynie sklepy spożywcze i inne świadczące niezbędne artykuły – chemia, budownictwo. Część zakładów przemysłowych działa, część pomału jest zamykana. Zakłady kosmetyczne, fryzjerskie zostały również zamknięte. Szkoły, przedszkola i urzędy pracują zdalnie, a raczej usiłują – powiedzmy to uczciwie – nie są do tego przygotowane, ani nauczyciele, ani uczniowie ani system… Przychodnie działają głównie zdalnie, jest ogólny zakaz poruszania się powyżej dwóch osób, (nie dotyczy to rodzin) i nie wolno wychodzic w celach innych niż główne potrzeby życiowe.

Panie to wszystko jebnie! Pomału panika zaczęła opadać, ale jak to bywa, niebawem przetrawi się w głowach ludzi i zacznie znowu wzrastać, tym bardziej, że media świetnie ją karmią. Izolacja pomaga budować otępienie i dezinformację, da się to robić przez jakiś czas, ale później bunt wybuchnie ze zdwojoną siłą? Dlaczego tak się dzieje? Co i za co nas pokarało i jak z tego wyjdziemy?

Ano wyjdzie nam to wszytsko bokiem, jak zawsze. Zyskają najsilniejsi – Ci którzy mają środki by ten ciężki stan przetrwać. Marazm i zwolnienie gospodarki ma tylko za zadanie przenieśc ten ciężar w inne miejsca ludzkości. Jedni na tym zarobią i się wzmocnią inni upadną i stracą wszytko. Oczywiście media pokaża to co trzeba pokazać, żeby było dobrze.

Każdą historię można zaprezentować z takiego punktu i w takim kierunku, aby można było dostrzec odpowiednie fragmenty w korzystnej perspektywie, tak by odbiorca mógł wyrobić sobie preferowaną przez nas opinię i zrozumiał to co powinien. Kwestia tego kto przygotowuje materiał, jakie ma poparcie i siłę przebicia.

Pisał dalej i dalej – liczba wierszy wzrastała a artykuł przybierał coraz bardziej atakującą formę. Zatrzymał się na chwilę i przeczytał wszystko jeszcze dwa razy. Pomyślał o tym, że to przecież i tak nie ma dla niego żadnego znaczenia, a to co ma jest najpiękniejsze na świecie niezależnie od tego co każą mu pisać. Skasował wszystko. Wyłączył komputerek i poszedł przytulić się do swojej ukochanej, która jeszcze smacznie spała w sypialni.

Teraz dopiero poczuł niebywałe szczęście.

#793 – Syrena rozd. 5 – najdłuższa podróż

Historie z tego okresu pojawiają się w mojej głowie jedna po drugiej. Zatem spieszę podzielić się z wami kolejną!

Lata mijały. Mieliśmy już kolejną Syrenę, tym razem 104, z silnikiem od Dacia 1.4 i drzwiami otwieranymi do przodu, po prostu mega bryka!!! Prawie o zakusach sportowych, jak na tamte czasy i nasze dotychczasowe doświadczenia! I mówię to zupełnie poważnie. Zatem mieliśmy już dwie w naszej stajni. Ale czas nieubłagalnie mijał jak szalony i w końcu nasza pierwsza, płomienna Syrena zaczęła bardzo niedomagać. Tak bardzo, że już nie było co naprawiać. Takie rzeczy jak wymiana sprzęgła, wymiana uszczelki pod głowicą, wymiana pierścieni tłokowych, pękające w zimie elementy (np. z powodu nie spuszczonej wody z chłodnicy) czy ekstremalnie – otwarta maska w czasie jazdy wybijająca przednią szybę (oczywiście w zimie), nie były nam straszne. Wszystko naprawialiśmy sami na parkingu, a czego się nie dało oryginalnie naprawić, zastępowaliśmy innymi rozwiązaniami, np. skoble i kłódki w drzwiach zamiast zamków.

Ale ogólne zmęczenie materiałów i zeżarcie przez rdzę, uniemożliwiły zrobienie czegokolwiek więcej. Czas płomieni dobiegł końca.

Uruchomiliśmy nasze mózgi, prześwietliliśmy nasze możliwości i znaleźliśmy rozwiązanie. Mój stryjek miał w stodole Syrenę 105! Prawdopodobnie na chodzie i do tego niepotrzebną, w odległości jedynie 110km od Lublina!

Wyruszyliśmy zatem z moim przyjacielem naszą Szarą 104 w pewien piękny, słoneczny, letni poranek z nadzieją że za 4h będziemy z powrotem w domu z kolejną maszyną! Droga na wieś przebiegała całkiem sprawnie, mieliśmy spisaną na kartce marszrutę i mapę (przypominam, że to były czasu sprzed telefonii komórkowej, smartfonów i ogólnie dostępnego Internetu). Zajechaliśmy i od razu rozpoczęliśmy przygotowania nowej maszyny do jazdy z powrotem do domu. Napompowaliśmy koła i spróbowaliśmy ją odpalić – prawie się udało, bo jeden z trzech cylindrów nie pracował poprawnie, zatem moc pojazdu była znacznie ograniczona, ale nie sprawiło to, że chcieliśmy zmieniać zdanie!

Ruszyliśmy na dwa auta, ja w 104, kumpel mój w „nowej”, żółtej 105. Oczywiście po 5 km zmyliliśmy drogę i musieliśmy zawracać, ale wszystko jeszcze szło zgodnie z planem. Po kolejnych 5km nagle coś w mojej Daciowej Skarpecie hukło, pierdło i silnik stanął dęba. Zatrzymaliśmy się sprawdzić co się dzieje i pierwsze oględziny wskazały jednoznacznie że nie będziemy mogli kontynuować nią jazdy – zagotowała się woda, rozrusznik nie chciał nawet kręcić i byliśmy w jednoznacznym, ciężkim położeniu. nie było za bardzo co robić, wzięliśmy zatem linkę i zestawiliśmy zespół pojazdów, na przedzie żółta 105 z 2/3 mocy, króciutka linka i na końcu ja w szarej 104. To było moje pierwsze doświadczenie z holowaniem auta i to ja byłem z tyłu i czekała mnie 100km droga. Co za ekscytujące przeżycie!

Początki były dosyć trudne, jechaliśmy jakoś, ale przy dosyć mocnym hamowaniu, gdzieś się lekko zagapiłem i przywaliłem, delikatnie co prawda, w tył, zatem kolejna przygoda była za nami!

Jechaliśmy i jechaliśmy, aż zaczęło się ściemniać a przed nami było już tylko około 30km. I wtedy zatrzymał się silnik w naszym nowym cudzie. Na szczęście to było paliwo! A raczej jego brak. Ruszyliśmy więc z buta do na szczęście, niedalekiej stacji benzynowej gdzie pożyczyliśmy kanisterek i 5 litrów benzyny. Nie minęła godzina i byliśmy dalej w drodze!

To był bardzo długi dzień! Do domu wróciliśmy około 23 i padaliśmy ze zmęczenia….

Jak się później okazało – dla Szarej Syreny to byłą ostatnia droga – pękł korbowód i nie chcieliśmy już się bawić w remonty silnika, sprzedaliśmy ją jakimś innym napaleńcom, natomiast żółta Syrena miała u nas drugie życie, a później stała się dzięki naszym zabiegom Niebieskim stworem.

#792 – Syrena rozd. 4

Jak sami widzicie, chwila zatrzymania, refleksji i pozwoliła przywołać wiele pięknych i ważnych dla mnie wspomnień. Dlatego nie czekam ani chwili dłużej, aby dać im drugie życie i opisać je właśnie tu i teraz.

Pamiętam 13 lutego 1996. To był mroźny, śnieżny i lodowy dzień. Dla mnie bardzo ważny, bo akurat odebrałem wtedy prawo jazdy kategorii B, czyli uprawniające do kierowania pojazdami do 3,5 tony. Moje wymarzone i zdobyte dosyć długą drogą o czym na pewno jeszcze napiszę. Wracając do tego dnia, odebrałem je! I jak to o mnie mówią, jestem w gorącej wodzie kąpany, więc chciałem się sprawdzić!!!

Było już późne popołudnie, ciemno na dworze więc nie bardzo było nad czym dłużej dumać – postanowiliśmy z moimi kolegami pojechać odebrać koleżankę ze szkoły, na drugim końcu miasta. Zatem ruszyłem do domu po wodę, gdyż z Syreny, w zimie wodę spuszczaliśmy, żeby nie zamarzła (nauczeni oczywiście wcześniejszymi lekcjami życia – pękniętymi rurami i wywalonym korkiem z chłodnicy).

W czasie nabierania tejże wody do plastikowego baniaczka, w moim domu, w łazience, padło niezręczne pytanie, zadane przez moich rodziców:

-A po co ci ta woda?

– Do Syreny, jedziemy na przejażdżkę – odparłem z radością.

-A kto będzie prowadził? – sytuacja, zaczęła przypominać zaciskającą się pętlę na szyi.

-Co było zrobić? – Ja! – oznajmiłem udając pewność w głosie.

-Czyś ty zdurniał? Zobacz co się dzieje na dworze. Doświadczeni kierowcy nie jeżdżą jak nie ma takiej potrzeby – kontynuowali rodzice, z dużymi nerwami w głosie i narastającą eskalacją problemu.

-Nie po to robiłem prawo jazdy, żeby teraz leżało na półce! – wykrzyknąłem prawie i ostentacyjnie wyszedłem z domu.

Dobra mina do złej gry. Pierwszy raz legalnie jechałem samochodem po odebraniu prawka, pierwszy raz legalnie Syreną, pierwszy raz po lodzie na łysych kartoflanych 15 letnich oponach. Prawie się obesrałem, ale dałem radę! Syrena niby ma napęd na przód, ale brak doświadczenia, łyse opony i takie inne drobiazgi zrobiły swoje. Kto nie jeździł takim pojazdem nie będzie wiedział o czym mówię. I jeszcze hamowanie silnikiem… W dwusuwach jest zazwyczaj „wolne koło” czyli odłączanie napędu przy braku przyspieszania, a więc unikanie hamowania silnikiem. Po co? Aby nie zatrzeć silnika, który jest smarowany jedynie wtedy gdy dopływa do niego paliwo, a więc w momencie przyspieszania… Chociaż w Syrenie jest tajemnicza dźwignia, która tę funkcjonalność pozwala włączyć na pełną odpowiedzialność kierowcy.

Pierwszą zimową wyprawę zakończyłem sukcesem i poza stresem oraz litrami zimnego potu na moich plecach nikomu nic złego się nie stało. Byłem z siebie bardzo dumny i oto otworzył się przede mną kolejny rozdział życia.

#791 – Syrena rozd. 3

Aspekt turystyczny Syreny również jest godny poświęcenia kilku słów. Pierwsza ciekawostka: pod tylną kanapę wchodziło bez żadnych problemów i obniżania komfortu 20 butelek 0,5l piwa, a więc wypad nad jezioro nie stanowił żadnego problemu, no chyba, że dla kierowcy… Kolejnym niebywałym atutem był bagażnik, jak na czasy Fiata 126p prezentował się okazale i pozwalał na przewożenie, poza bagażami, również niezliczonej ilości zbędnych i niezbędnych części zapasowych.

Nocleg? W wersji z dźwignią zmiany biegów przy kierownicy (a taką dysponowaliśmy) nie ma najmniejszego problemu. Wyjmujesz przednie fotele (1 minuta), oparcie z tylnej kanapy kładziesz płasko w ich miejsce (również minuta) i masz wygodne łóżko dla dwóch, a nawet trzech dorosłych osób. Jedyna wada, fotele muszą pozostać na zewnątrz (można je częściowo wsunąć pod nadwozie). Kolejnym aspektem turystycznym był fakt, że wszędzie wzbudzaliśmy sympatię, uśmiechy i zainteresowanie. Nasza perła była przez nas własnoręcznie pomalowana na czarno, na masce i do polowy drzwi mieliśmy namalowane żółto czerwone płomienie a z tyłu na bagażniku skrzydlate logo Aerosmith.

Jeśli chodzi o spalanie, to paliła tyle ile się wlało, realnie pomiędzy 8 a 12l mieszanki do dwusuwów w stosunki 1:30 (olej / benzyna). Zwiedziliśmy po tysiąckroć okolice naszego miasta i Pojezierze łęczyńsko-włodawskie, w ciągu kilku ładnych lat! To były bardzo dobre czasy!

#790 – Syrena rozd. 2

Pierwsze wakacje z Syreną dały nam wiele frajdy. Poznaliśmy wiele technik domowych napraw samochodowych na parkingu. Popełniliśmy przy tym mnóstwo błędów wynikających z naszej niewiedzy, głupoty i braku odpowiednich narzędzi. Pierwszym z przykładów był urywający się ciągle przegub w przednim kole. Uporczywie wymienialiśmy go i się urywał. Fakt, że Syrena świetnie ruszała z piskiem na swoich prawie slickowych gumach, ale urywaliśmy te przeguby jeden za drugim. I co? Okazało się, że ma być osłona gumowa i smar! Nie wiedzieliśmy o tym zupełnie i dopiero pan Zbyszek powiedział nam co i jak. I został wtedy naszym guru syreniarskim, kompendium wiedzy i chodzącą encyklopedią. Podobna sytuacja była z osłoną przerywacza wysokiego napięcia do świec, który nie miał osłony i zalewała go każda większa kałuża i powodowała naszą frustrację i zdziwienie. W każdym razie początki były trudne, ale przyjemne a radość ze wspólnych przejażdżek rekompensowała wszystko.

Dzięki naszej głupocie i trochę braku szczęścia, szybko nasza syreniarska przygoda stanęła pod wielkim znakiem zapytania.Z jednym kolegą podjęliśmy męską decyzję, że naszego Betona (tak ją nazwaliśmy) należy dokładnie umyć. Kolega, który był większym autorytetem w prowadzeniu auta, pomimo tego, że również jeszcze nie miał prawka, podjechał 100 metrów na pobliski mały parking gdzie warunki do podjęcia czynności kosmetycznych były lepsze. Wypucowaliśmy naszego cudownego szerszenia i przyszedł czas aby przeparkować to cudo z powrotem na miejsce. Kolega cofnął śmiało i wjechał przejeżdżającemu, prawie nowemu Polonezowi w bok. Zatrzymał się i nie wiadomo dlaczego chcieliśmy uciekać. Oczywiście daleko nie zajechaliśmy i po kilu metrach zatrzymali nas przechodnie. To uderzone auto oczywiście było okoliczne, sąsiada z bloku, w którym mieszkał mój kompan.

Co to się działo, oj co się działo. My nieletni jeszcze, policja, przesłuchania. Rozmowy z nami i z rodzicami. Mówię wam, strach blady i stresu co niemiara dla wszystkich.

Jakoś się udało to załagodzić, ale powiem wam, że minę miałem nietęgą.

I wiecie co? Mój Tato dał mi potem te kluczyki do Syreny i powiedział – Proszę używajcie jej dalej, liczę na wasz rozsądek…. Oj jakie to było mocne i dające do myślenia! Największa nauka z tego przypadku.

#789 – Syrena rozd. 1

Ważną część mojej młodości zajmował projekt Syrena.

Był rok 1978 i moi rodzice stali się szczęśliwymi posiadaczami samochodu osobowego Syrena 105. Miałem 3 lata i jak przez mgłę pamiętam pierwszą przejażdżkę tym, jak się okazało dużo później najbardziej wywalonym pojazdem w kosmos. Samochód jak samochód, na tamte czasy już nie był szczytem myśli technicznej, ale trzycylindrowy silnik dwusuwowy zaadaptowany z pompy strażackiej o niebywałej mocy tzrzydziestuparu koni mechanicznych dawał rozpędzić to cudo prowadzone przez odważnego i zdeterminowanego kierowcę do prędkości nieco powyżej 100 km/h. Jeździliśmy rodzinnie tym autem przez kilka lat, byliśmy nawet nad morzem, często na wsi. Pamiętam akcję wyciągania zagrzebanej po progi „Skarpety” (bo tak nazywano te piękne pojazdy) z błotnistej polnej drogi przy pomocy stryjkowego ciągnika..

Kilka lat minęło, przeprowadziliśmy się do innej dzielnicy miasta i koniec końców około roku 1983 w Syrenie odpadł tłumik,a mój Tato nie czul potrzeby naprawiania tej przypadłości, więc auto stało na parkingu przed moi blokiem. Przez 9 lat. Moi koledzy zaczęli robić prawa jazdy,(wtedy od 17 roku życia), mi to jeszcze wtedy nie było dane, ale nie wiedzieli nawet, że podgnity potwór należy do mnie. W końcu jakoś to wyszło na światło dzienne i okazało się, że posiadanie Syreny to nie jest wcale wstyd tylko zajebisty atut. W wakacje, kiedy miałem już 17 lat – rozpoczęliśmy proces przywracania drugiej młodości do tego pięknego, w sumie i ważnego elementu naszej nowej rzeczywistości. Poszło nam na początku całkiem sprawnie. Pożyczyliśmy akumulator, wstrzyknęliśmy paliwo z olejem bezpośrednio do cylindrów i ku naszemu zaskoczeniu silnik załapał praktycznie od razu! Bez tłumika. Co to był za dźwięk! I szary dym! Po prostu naszej radości nie da się opisać. Później tylko pompowanie kół, pierwsze podłączenie świateł na krótko (bo wszystko zaśniedziało) i odbyliśmy pierwszą przejażdżkę dookoła osiedla…. I dopiero wtedy się zaczęło.

#788 – Chęci…

Pamiętam , że kiedyś mieliśmy i chęci i pomysły, ale jakby czegoś zabrakło.

Mieliśmy już jakieś komputerki, nawet PC AT286, Amigi i coś takiego. Przesiedliśmy się na nie z 8 bitowców: Amstrada, Commodore VIC20, C64, Atari 800XL.

Zaczynaliśmy programować trochę, w Basicu, Turbo Pascalu, nawet w Assemblerze na C64. Wymyśliliśmy takiego czata, żeby można było się komunikować Point 2 Point tekstowo przez RS232(takie złącze szeregowe). Nawet zaczęło to jakoś działać, tylko nam było mało! Chcieliśmy to transmitować zdalnie za pomocą światła, na podstawie układów i schematów zamieniających dźwięk na światło, a później dźwięk modulować na RS232…. I jakoś temat umarł, po kilku latach pojawiły się sieci LAN i nasze świetne pomysły nie zostały przez nas zrealizowane…

#787 – Czernobyl

Pamiętam czasy katastrofy w Czernobylu. Pamiętam trochę, w sumie niewiele, bo miałem wtedy 11 lat. Była wiosna, początek kwietnia, chodziliśmy sobie po dworze, bawiliśmy się świetnie i nagle dorośli wpadli w jakąś panikę. Straszyli nas jakimś wybuchem, chmurą radioaktywną i generalnie jakimiś chorobami, śmiercią i końcem świata. Nagle zakazali chodzić na zewnątrz. W domu dali mi do picia jakąś wodę z jodem, a więc w szkole odmówiłem wypicia płynu Lugola czy czegoś tam.

Generalnie panika była duża, my przestraszeni, baliśmy się, że zginiemy, zmutujemy, urosną nam trzecie nogi.

Póki co, dożyłem do epoki koronawirusa, nic się dotąd nie zadziało. Może trzeba jeszcze poczekać?