#historia dla dużych dzieci

Smok obudził się. Jak co dzień. Otworzył lewe oko, później prawe. Poczuł, że coś jest nie tak, bo ciągle było ciemno. Zatem coś musiało go do przebudzenia skłonić… Udawał, że śpi nadal i przymknął z powrotem swoje ciekawskie i śwdirujące oczy. Spod przymkniętych powiek bacznie obserwował wnętrze pieczary. Starał się bardzo nie okazywać napięcia, by nie spłoszyć przedwcześnie przeciwnika, ale czuł już w przełyku, jak  zaczyna go piec rozsierdzający się ogień piekelny. Wiedział, że każdy fałszywy ruch może kosztować go wiele bólu, energii, zdrowia a może nawet i  życie. W rozszerzoneś świadomości smoczej widać było już pojedyncze przypadki pojawiania się ludzkich morderców smoków, którzy potrafili zaskoczyć gadzić braci w nocy, we śnie i zadać zdradzieckie, mordercze ciosy. Smocza, zbiorowa świadomość z każdą nocą rosła i umożliwiała szybsze i skuteczniejsze przeciwdziałanie zewnętrznym destrkucyjnym ludzkim siłom…

Usłyszał spadający kamyk i dźwięk potknięcia. Namierzył już intruza, ale ciągle nieruchomo wyczekiwał aż zbliży się na odległość pewnego, jednego i ostatniego uderzenia. Jeszcze 5, 4, 3, 2, 1 i w końcu podniósł szybko łeb, otworzył pysk i śmiało zionął płomieniem. To był jednak miły poranek rozpoczęty ludzką przekąską na gorąco.

Chrupał z radością i pośpiechem lekko przypalone szczątki. Musi jeszcze potrenować dozowanie płomienia, bo lekko przypalił huncwota, trudno, może raka od tego nie dostanie, a zapowiadało się na to, że teraz częściej będzie musiał liczyć się z takimi posiłkami. Wyszedł z pieczary i spojrzał w stronę horyzontu i wyłaniającego się słońca. Westchnął i wciągnął rześkie powietrze. Aż chciało się żyć! Zaburczało mu w brzuchu. No tak, śniadanie na razie było za małe, trzeba by jeszcze coś przekąsić. Dzisiaj w planie miał zapolować na jakiegoś tura, i ogołocić z trawy jakąś polankę, ale pomyślał, że jednak, ze względu na poranną wizytę, wybierze się do pobliskiej wioski zasiać trochę strachu. Ot tak dla przykładu. Jeśli nic nie zrobi,jeszcze przyjdą go zaciukać w nocy jak będzie smacznie spał.  

Rozciągnął się jak pies, rozłożył skrzydła, stanął n tylnych łapach i zaryczał, tak jak uczył go tata.

Skoczył do góry, oderwał się od ziemi i zaczął szybko nabierać wysokości. Pomyślał, że poleci na chwilę w stronę zamku i miasteczka,  by ludziska mieli o czym na targu rano opowiadać,  następnie skierował się na północ aby wybrać dogodny cel i smaczne drugie śniadanie.

****

Usłyszał za sobą jakieś trzaskające patyki. Znieruchomiał i zaczął bacznie nasłuchiwać. Wciągnął nosem powietrze i poczuł nikły kwaśny zapach ludzkiego potu. Rozejrzał się dookoła i zobaczył poruszające się liście na krzakach około stu stóp od siebie. Nie było zbyt wiele czasu do namysłu, prastary gadzi mózg zarządził odwrót, zerwał się więc do szybkiego biegu klucząc między drzewami. Nie oglądał się za siebie, tylko pędził co sił w nogach. Nie myślał już o tym co było, o tym co będzie, liczyło się tylko tu i teraz i to czy zdoła po raz kolejny ujść z życiem.

Pomału zaczął się przyzwyczajać do kolejnego wysiłku, kiedy nagle stracił grunt pod nogami i poczuł jak gwałtownie leci w dół. Chciał krzyknąć, ale głos zamarł mu w gardle. Poczuł zderzenie z matką ziemią, które na jakiś moment go zamroczyło. Leżał w jakiejś jamie, jaskini czy coś. Otwór był jakieś 3 metry nad nim. Wydawał się malutki i odległy. Nie doskoczy, o ile w ogóle wstanie, bo strasznie łupało go w krzyżu.

****

 – Taaaak – Mruczał i mlaskał z rozkoszą. Krowa była dobrym uzupełnieniem porannego, przypalonego śmiałka. Aż ogon z radości sam merdał na boki. Beknął sobie i rozejrzał się dookoła. Zobaczył nieopodal atrakcyjną nasłonecznioną  polankę i od razu pomyślał, że wypada przeprowadzić regenerującą, pośniadanną drzemkę. Podfrunął zatem te kilkaset metrów, wylądował, trze razy obrócił się dookoła i wygodnie ułożył uśmiechając się do siebie i wesoło mucząc. Legł na trawie, a chwilę później głośno westchnął. Zamknął powoli swoje smocze oczęta i zaczął smacznie chrapać.