#upadek – luźne wątki …

Skończył czytać artykuł o Piotrusie Panu. O Mężczyznach, którzy mają kochanki, a nie chcą skończyć swoich bieżących związków. I że to robią dla siebie podobno…..  Westchnął głęboko i pomyślał, czego kurwa te kobiety chcą? Wstał i usiadł. Chciał napisać komentarz do artykułu, ale dobrze wiedział, że to bez sensu. Wziął łyk zimnej kawy i uśmiechnął się ciepło do siebie. W końcu jest tylko facetem, prostym w obsłudze, normalnym facetem w sile wieku. Nie musi nikomu udowadniać, że nie jest wielbłądem.

Spojrzał przez okno na bezchmurne, błękitne styczniowe niebo. Świecące nisko słońce dawało nadzieję. Nadzieję na przyszłość, na lepsze jutro, na coś czego oczekiwał długo. Otrząsnął się rozejrzał po pokoju i wstał powoli. Trzeba się wziąć za siebie. Koniec z tym, by być ciągle pod pantoflem, poniżanym, pomiatanym. Ciągłe krzyki, rozpamiętywanie nie wiadomo jak błahych sytuacji i molestowanie psychiczne. Pozbawianie tego czego brakowało mu najbardziej. Miłości, adoracji i zrozumienia potrzeb. Miłość niejedno ma imię, ma ich setki, dla każdego może być inna i mieć inną siłę i natężenie.  To co przeżył w dzieciństwie i młodości na pewno miało wpływ na to kim jest teraz, ale do cholery, nie ma co się użalać nad swoim dzieciństwem i tym co się wtedy działo….. Trzeba się otrząsnąć, zamknąć pewne sprawy  i spojrzeć na siebie świeżym okiem. Podobno życie zaczyna się po 40, a dla niektórych nawet po 50, stąd nie ma co czekać na znak od Boga, trzeba zewrzeć pośladki i ruszyć do przodu.

Teoretycznie wszystko można sobie wytłumaczyć, że zauroczenie, że potrzeba, że chemia, ale jakie to ma przełożenie na wiek? To on poczuł się oszukany, w zdrowiu i w chorobie, w problemach i w sukcesach i co? Został kopnięty, odrzucony na dalszy plan, nie nie tak jak było na początku czy po 10 latach małżeństwa. Zaczęło się dziać znacznie gorzej. I nie pomagały rozmowy, prośby, płacze, próby wsparcia wśród znajomych. Wszelkie potrzeby, psychiczne i fizyczne zostały przez Panią żonę odrzucone. Ten świat się zawalił, upadł, a dalsze wydarzenia tylko pogarszały sytuację. To było już dwa lata temu.  On miał cały czas nadzieję, ze jeszcze będzie normalnie, jeszcze będzie przepięknie, a tu było coraz gorzej i gorzej i gorzej…. I jedyne co słyszał, to było w kółko powtarzanie słów: nie marudź, nie użalaj się nad sobą, bredzisz, jesteś nikim. NIKIM. Nędznym robakiem…..

***

Wiał zimny orzeźwiający wiatr. Zatrząsł się. Znowu trzeba biec. Ale to w sumie dobrze, dla zdrowia, dla ciała, dla duszy. Ruszył pomału, pomimo przeciwności pogody i bólu w kolanie. Zacisnął zęby i przyspieszył. Skupił uwagę, bo nierówny teren nie ułatwiał przemieszczania się. Poślizgnął się, ale machając rękoma zdołał utrzymać równowagę. Uspokoił i wyrównał tempo i gnał w kierunku pobliskiego iglastego lasu. Rzucił okiem na zachód, skąd nadciągały ciemne chmury. Widział w oddali jak szaleje zamieć śnieżna, Czuł, że za parę minut będzie tu grubo i strasznie. Dopadł ww końcu do ściany drzew i zatrzymał się na chwilę. Obejrzał się przez ramię i zobaczył, ze zdążył w ostatniej chwili.

W lesie było już trochę spokojniej, choć zmrok nie pomagał budować miłej atmosfery, szczególnie, że było -20 stopni. Nie włączył czołówki bo wiedział, że przy takim mrozie za długo nie podziała, a na razie znał drogę. Bywał już tu setki razy, w różnych okolicznościach przyrody. Nie spieszył się aż tak bardzo, bo brakowało mu sił po czterogodzinnym marszobiegu i nogi nie były już takie rześkie. W palcach u rąk i nóg czuł łaskotanie przechodzące w ból, policzki i nos piekły niemiłosiernie. Zamarznięte wąsy i broda również dawały znać o sobie. Szedł i szedł, każdy pokonany odcinek wydawał się coraz dłuższy, jakby rozciągał się na złość. W końcu wycieńczony doszedł do chaty na skraju małej polany. Z trudem otworzył zasypane śniegiem drzwi i zniknął w środku.

***

– O ja pierdolę jak zimno – krzyknąłem do siebie zamykając drzwi. Włączyłem czołówkę i chyżo ruszyłem do kuchni rozpalić pod kuchnią. palce miałem zgrabiałe, bolały jak nie wiem co, z trudem nimi operowałem żeby rozpalić ogień. Na szczęście drewno było przygotowane, ale pod kuchnią palenisko już wygasło. Załadowałem drewno do pieca, oblałem je podpałką i ze łzami w oczach, próbowałem odpalić zapalniczkę.

– tak, jebnąć wszystko i uciec w Bieszczady – kontynuowałem swój wewnętrzny, uzewnętrzniony dialog, czego ty zawsze jesteś taki pojebany – pytałem sam siebie. W końcu dałem radę odpalić płomień, który wesoło skakał po rozlanej, łatwopalnej cieczy. Drewno również załapało o co w tym wszystkim chodzi i pomału zaczęło raźniej rozgrzewać atmosferę. Za parę godzin będzie tu naprawdę przyjemniej, dobrze, że nie muszę teraz wyściubiać stąd nosa przez co najmniej dwa dni. Nie pozostało mi zatem nic innego jak rozkoszować się pomału rozprzestrzeniającym się ciepłem.

***

Śnieg padał jak opętany. Noc, ślisko, biała droga, której krawędzi nawet nie było widać. I tak nie było nic widać bo szyby parowały niemiłosiernie. Cisnął pedał gazu na ile tylko mógł sobie pozwolić. Koła poruszały się na granicach przyczepności. Starał się rozluźnić, na ile tylko to było możliwe, bo palce, ramiona i wszystkie mięśnie odruchowo się zaciskały. Pot spływał mu po plecach ze stresu i spięcia. Był skoncentrowany na 120% i wiedział, że długo już tak nie wytrzyma, bo minęły już 2 godziny odkąd wyruszył. Wiedział, że musi się zatrzymać na najbliższej stacji, żeby zatankować auto i siebie kawą i na chwilę się zdrzemnąć, o ile to możliwe, a na pewno po prostu zamknąć oczy i trochę uspokoić. Jak zwykle, wszystko na raz, nieszczęścia chodzą parami, a może trójkami, ale to w sumie bez znaczenia. Od kilku miesięcy żył przecież z dnia na dzień, więc to czy skończy w rowie czy w zderzeniu czołowym z ciężarówką, nie miało już aż takiego znaczenia. Od jakiegoś czasu, każdy dzień był po prostu kolejnym dniem jego egzystencji na tym świecie.

Na chwilę odpłynął myślami w jakiś nieistotny temat i stracił na ułamek sekundy swoją koncentrację za zakrętem nagle na środku drogi pojawiła się jakaś ciemna postać, rozpoczął, nieświadomie, manewr próby omijania, zaterkotał ABS, po dodaniu gazu ESP, a letnie koła wcale nie chciały jakoś lepiej współpracować. Boczkiem, boczkiem wjechał, prawie bezpiecznie w zaspę. Dał sobie kilkanaście sekund na sprawdzenie stanu własnych funkcji życiowych i wysiadł pomału z samochodu. Na drodze nikogo nie było.

***

Gdzie ty znowu leziesz? Dopiero co wróciłeś! Może byś w końcu przykręcił te drzwi od szafki pod zlewem! – Na zajęcia idę, nie mam czasu teraz. Przykręcę w sobotę. Dzisiaj ma być jakiś gość specjalny z Tunezji czy skądś tam, więc dobrze się pokazać. – Wziąłem z szafki banana, później worek z gratami na trening i szybko ruszyłem w stronę drzwi. Starałem się pospieszyć i wtedy moja prawa stopa przestała współpracować jak należy. Wygięła się do środka i całym ciężarem docisnąłem ją do podłogi schodząc po schodach. Coś chrupnęło, syknąłem z bólu, w oczach mi pociemniało, a z oczy spłynęło kilka łez. Z trudem zatrzymałem się na klatce schodowej, chciałem siąść i płakać, ale zebrałem się w sobie i pokuśtykałem do drzwi wyjściowych.

***

‚- „Mokuso yame” – otworzył oczy – poczuł się trochę jakby otworzył je po raz pierwszy w życiu. Pot spływał mu po twarzy, a kimono lepiło się do pleców. Czuł euforię i spokój, jednocześnie. Kolejny trening za nami. Ile to już razy? 5 x w tygodniu średnio 40 tygodni w roku, przez ostatnie 20 lat… 4000 treningów… poczuł ciarki przechodzące po plecach. To jest chyba niemożliwe. Po raz pierwszy dotarło do niego to, co tak na prawdę, można było przewidzieć na początku tej drogi….. Że ona nie ma wytyczonego szlaku, dokładnej trasy, początku, ani końca… To że się starasz, że robisz małe czy duże postępy, to nie jest istotne, ważne jest to, że jesteś, że robisz co możesz w danej chwili, jesteś zaangażowany na 120% we wszystko co teraz, obecnie robisz. Czy pracujesz, czy odpoczywasz, czy bawisz się, czy aktualnie się obijasz, bo jest czas, miejsce i pora. 120%. Może być więcej. Jak umrzesz od tego – trudno. Każdy umrze, niezależnie od płci, wieku, wyznania, koloru mózgu czy innych upodobań. Pytanie czy mierzysz swój wiek, przebieg, motogodziny, czy historię wypadkową. A i tak skończysz tak jak prawie wszyscy. *** Wsiadł do swojego ubłoconego małego auta. Trzasnął drzwiami, zapiął pasy i uruchomił silnik. Po chwili z radia uderzyły Dźwięki utworu Metallica uderzyły z głośników. Od razu uśmiechnął się do siebie bo poczuł, że nastrój wrócił na właściwe tory. Ruszył pomału rozglądając się na boki czy z krzaków nie wyskoczy przyczajony zwierz i skierował się w kierunku lasu. Obudził się na dźwięk telefonu. Już trzeba wstawać, budzik….. A nie, to jeszcze środek nocy. Popatrzył zaspany na wyświetlacz i zobaczył, kto to dzwoni o tak chorej porze. To była ona. Pomyślał chwilę i  po chwili przeciągnął zielony przycisk. Słucham? Zapytał zaspanym głosem…. – poooooomóóóóż mi proszę, pomóż, nie mogę tak dłużej żyć… płaczliwie odezwał się głos z aparatu. Po plecach przeszły mu ciarki i poczuł krople zimnego potu. W jednej chwili resztki snu opuściły jego umysł i wiedział, że to nie są żarty. Ocknął się nagle, zobaczył naprzeciwko światła zbliżającej się ciężarówki. Głęboki dzwięk klaksonu pozbawił go wszelkich złudzeń. Ręce i nogi, odruchowo wykonywały ruchy na kierownicy i pedałach by opóźnić chwilę nieuniknionej śmierci. Kontrolki kontroli trakcji mrugały jak choinka. Systemy kontroli pasa piszczały by go obudzić, a pies spadł z fotela. Zjechał na lewe pobocze i nie wiedząc nawet w jaki sposób zatrzymał się na śniegu. W lusterku zobaczył jedynie oddalające się czerwone światełka. Objął twarz dłońmi i przypomniał sobie sen, któ©y go obudził. Jego żona. Była żona. Ciągle go nawiedza, a teraz być może uratowała mu życie….. Otrząsnął się z tej niedorzecznej myśli, obejrzał do tyłu i krzyknął do czworonożnego przyjaciela: – Hej Shiro, nie łaska było nie dać mi spać? – kundel wygrzebał się na tylną kanapę i przeszedł na przednii fotel wskakując mu na kolana, piszcząć i liżąc w twarz. – No nic. Spadaj do tyłu – musimy się w końcu rozliczyć z tymi czarownicami, zanim wyślą nas na tamten świat. Włączył reduktor i pomału wycofał się po własnych śladach do ulicy. Upewnił się, że nic nie nadjeżdża i ruszył dalej. Teraz już ani myślał usnąć. Czy to wszystko było możliwe? Tracił nad sobą panowanie. To w ogóle jest bez sensu.   Wrócił myślami do tego jak to się zaczęło: Zaczynamy. Cofnijmy się w czasie. 1988 rok. Listopad. Wieczór. Godzina 19 gdzieś w Polsce, małe miasteczko. Dwóch trzynastolatków wysiada z autobusu PKS. Pada deszcz, jest 8 stopni i wieje zimny wiatr.   Chłopcy pewnie zabierają swoje plecaczki, kierują się do wyjścia i wychodzą za zakręt tuż w najbliższą uliczkę. Przeszli dwieście metrów w milczeniu i wyższy blondyn w końcu się odezwał cicho:

  • I jak Krzychu, wszystko gra z godnie z planem? Myślisz że już zauważyli, że nas nie ma?
  • Nie, dopiero siódma, myślę że jeszcze mamy spokojnie ze dwie godziny zanim na dobre zaczną się denerwować.
  • Chyba masz rację, dla mnie to było strasznie ważne, żebyśmy zaczęli w końcu działać a nie tylko zmieniać nasz cholerne plany.
Krzycho rozejrzał się bacznie dookoła, chwycił kolegę za rękę, zatrzymał się i powiedział:
  • Dokładnie tak, ale wiesz że bez różnych wariantów się nie mogliśmy obejść. Teraz pora ruszyć machinę i popchnąć trybiki. Przyspieszmy trochę, bo do domu babci Agi jeszcze 15 km, a spacer w deszczu nie będzie przyjemny – przyspieszyli kroku, przeszli przez ulicę i skierowali się żwawo na ulicę wylotową z miasteczka.
Deszcz padał coraz bardziej, dokuczliwe zimno dawało im się we znaki, Marcin zaczął szczękać zębami. Uśmiechnął się jednak do siebie. Tak jak mówił Nauczyciel. Będzie ciężko, wszystko będzie się przeciwstawiać przeciwko Wam, ale wystarczy włożyć jeszcze trochę wysiłku, dodać od siebie coś więcej i na pewno nasz wspólny sukces będzie na wyciągnięcie ręki. Ci wszyscy biedni ludzie, którzy nas otaczają zostaną oczyszczeni i przejrzą na oczy. Trzeba im pozwolić żyć normalnie i stać się dobrymi. Teraz kiedy jeszcze czas działania się nie zakończył musimy jeszcze bardziej przyłożyć się do naszych obowiązków.   Szli i szli, droga zdawała się nie mieć końca. Najpierw asfaltówka, później polna droga przez las. Błoto i trawa. Marcin powiedział: Dobrze że mapę znamy na pamięć, teraz papierowa wersja na wiele by się nie przydała. – Tak, uśmiechnął się Krzysztof. Myślę, że ten czas poświęcony na przygotowania nie być stracony. Szli i szli aż w końcu ich oczom ukazały światełka między drzewami. Czy to już tu? Prawie – to już kościółek i cmentarz w Witorożu. Tutaj musimy spełnić pierwsze z naszych zadań. Ruszyli żwawo, minęli kościółek i plebanię po prawej stronie i kierując się polną drogą dotarli do cmentarza. Dotarli do bramy. Była 21:45. Zimno i ciemno – tak jak się spodziewali – ani żywej duszy. Przeszli ostrożnie przez bramę i ruszyli sprawnie między alejkami. Zatrzymali się przy jednym z ziemnych grobów i wyciągnęli znicze. Ustawili je na grobie w pentagram, zaświecili i zaczęli intonować cicho mrucząco warczącą pieśń. Po około minucie wiatr ustał. Deszcz przestał padać a chłopcy poczuli nagle, że ktoś ich obserwuje. Wiedzieli, czego się spodziewać, wszystko szło zgodnie z planem. Teraz mogli działać dalej. Wyciągnęli z plecaka kolbę laboratoryjną, nalali do niej odrobinę zawartości z różnych buteleczek, podpalili zawartość i czekali obserwując, jak dym najpierw z niej wychodzi a później nagle wraca do środka. Zamknęli dokładnie kolbę korkiem. Znicze w tym momencie zgasły.   Schowali kolbę ostrożnie do plecaka i ruszyli z powrotem, tym razem w lewo. Prosto do bomu babci Agi. Pora było zrobić jej listopadową niespodziankę… *** Pan milicjant pewnie patrzył w oczy przestraszonego nastolatka. Jego rodzice siedzieli obok.
  • Dobrze chłopcze – opowiedz mi jeszcze raz dlaczego, po co i w jakim celu udaliście się do pani Agnieszki? I co się stało kiedy znaleźliście jej rozszarpane ciało w kuchni?
Chłopak popatrzył tępym wzrokiem, chrząknął i cichutko powiedział:
  • Myśmy tylko mieli z nią porozmawiać o historii z jej młodości. Przyszliśmy wieczorem i znaleźliśmy ją w kuchni.

Pierwsze wspomnienie jakie mam to moje 5 urodziny. Może w sumie mam jakieś wcześniejsze, ale nie potrafię umiejscowić ich w czasie. Na pewno pamiętam moje piąte urodziny. Gości, tort, wesołą atmosferę. Później pamiętam jak mnie mama wiozła rowerem na bagażniku i wkręciło mi kostkę w szprychy.   Pamiętam też jak niechcący zrzuciłem z balkonu butelkę i spadła gościowi na parasol.   I pamiętam jak z kolegami zbierałem kiepy żeby je później palić.   I pamiętam jak poszliśmy na trening żużla na pobliski stadion i wszyscy nas szukali.   I pamiętam kiedy pani w kiosku brała mnie za dziewczynkę.   I pamiętam zapach pasty do podłóg i szkielety na ścianach w szkole spożywczej, w której moja babcia pracowała jako woźna.   I później poszedłem, wbrew mojej woli, do zerówki.   I tu pamiętam akcję jak uciekłem bo mi pani kazała zjeść kanapki i je wyrzuciłem pod stół, a ktoś mnie podkablował i miałem je pozbierać. Innym razem jak mnie zmuszali do jedzenia to zwymiotowałem na stół.   Później była podstawówka, której bardzo nienawidziłem. Nienawidziłem chodzić do szkoły. To był koszmar, horror. Masakra.   Ze szkoły podstawowej pamiętam kilka osób, z którymi nie utrzymuję kontaktu. W ogóle rzecz biorąc, z niewielką ilością osób utrzymuję kontakt. Raczej jestem introwertykiem, tak chyba myślę, a może tak mi się tylko zdaje?   Coś tam pamiętam, pewne rzeczy były na pewno przyjemne, wspominam je czasem, a im bardziej je wspominam, tym bardziej je pamiętam, choć nie sądzę, że będę pamiętać tyle szczegółów z dzieciństwa czy młodości, co moi dziadkowie czy rodzice. Być może wynika to z tego, że teraz jesteśmy bombardowani nieskończoną ilością informacji. Kiedyś jednak życie wyglądało zupełnie inaczej.   Kiedyś się zakochałem. Parę razy w sumie. Bez wzajemności. Raz prawie się udało, coś tam było, ale skaszaniłem. Później znowu się zakochałem. I bez wzajemności. I tu się zaczyna ta pokręcona, chwilami nudna, chwilami fajna, chwilami fascynująca, a chwilami denerwująca historia. Czy coś bym zmienił? Czy coś bym zrobił inaczej? Patrząc na stan obecny, chwilę obecną i osoby, które mnie otaczają – to absolutnie nie!!!! Gdybym wtedy coś zrobił inaczej, kto wie jak potoczyłyby się losy świata? Nikt nie zagwarantuje, że byłoby lepiej, a już na pewno nie byłoby na świecie dwóch osób, które są tego wszystkiego warte – Zuzanny i Doroty.   Patrząc na to z tej perspektywy, muszę przyznać, że to wszystko co się zadziało, było i jest dobre. Ciężkie i trudne, ale dobre. No ale wróćmy trochę wstecz, do tej chwili kiedy możemy wyodrębnić pewne punkty tej historii, które mogą więcej powiedzieć o tym jakich błędów w życiu można unikać ( tylko po co ).  

I znowu łeb napieprza jak niewiemco. W gębie język kołkiem stoi. Otwiera jedno oko, później drugie. Świat jakoś dziwnie kręci się dookoła. A….. nie . to nie kac…. Przypomniał sobie jak idący koleś z ręką na temblaku doskoczył do niego i walnął go gipsem prosto w twarz. Zaraz doskoczył drugi popchnął go jeszcze bardziej. Już ła pał równowagę, ale wtedy poczuł uderzenie w głowę. Wszystko zawirowało i zgasło światło. A teraz było jakioś jasno, pewnie szpital. Zielone i niebieskie kolory, ostre światło.